piątek, 12 września 2014

03. Anything. Anywhere.

Cokolwiek. Gdziekolwiek.

Listopad.
Środa, późne popołudnie-wieczór, Buenos Aires. 

Ogólnie rzecz biorąc słońce jest złem, okalającym bezpodstawne uśmiechy, nieprzyjemnych ludzi. Pada na domy, drzewa, garaże, skrzynki na listy i zabija cień. Morduje. 
Dla zabawy?
Pogoda zabija.
La la la. 
Jeden raz. Drugi. Pięćdziesiąty. Dwudziestotysięczny...  Koniec?
Gdzie jesteś, czterotysięczna ofiaro? 
Lista rośnie, giń. Puf! Nie ma cię, nie ma mnie. Zginiemy obydwie!
Całe światło wszechświata powinno podać się niepodważalnemu czarowi płomieni zachodzącego słońca.
Cokolwiek, byle więcej nie przypominało. 
La la la la. 
Chora wyliczanka, pana z kosą. Czarny płaszcz? Peleryna? Marynarka? Garnitur? Może dresy?
Co masz na sobie? 
La la la la.

Nienawidzę. 
Ciebie. Siebie. Jej. Jego. Ich. Was. Nas.
Nienawidzę. 
Nie chce. Nie potrafię. 
Uśmiechy? 
Dlaczego prześladują mnie sztuczne uśmiechy? 
Łzy? Nigdy. 
Gdzie szczere gratulacje? 
I on? Gdzie on jest? 
Odbija mi. Na pewno mi odbija. 

Podasz się? 
Teraz?

Dzień podwójnie beznadziejny. 

W czterech ścianach prywatnego królestwa; w kilku plamach farby i pasków tapety, w magi własnych myśli; obok wygodnego łóżka i świeżej pościeli; między jedną zadrapaną (przez kota) komodą a zielonym; mocno ukochanym przez życie regałem na książki; blisko biurka, które wcale biurka nie przypominało przez sterty książek i papierów; na jednej czwartej zielonego dywanu; miedzy powietrzem, tym zimniejszym i cieplejszym; powiększała się nienawiść do wszechświata.
A chora wyliczanka, leciała dalej w strasznym tępię.

Iść dalej?
Biegnij! Natalia, biegnij! 

Może i ruszyłaby się szybciej, gdyby nie kolejny dowód na niezdarność, irytującej ludzkości.
- Lena, cholera! Przynieś mi te maść.
Prosić o coś siostrę. Niedorzeczność. W tym stuleci na pewno się nie doczek...
- Łap, kaleko!
I rzuciła, trafiając w kolano. Na jej szczęście - takie coś o dziwnym kształcie i niezbędnym ratunkiem w środku, nie mogło zrobić jej krzywdy.
- Nie jestem kaleką, gnomie. - Ironiczny uśmiech? Koniecznie. - To kretyński pan profesor nie odróżnia podłogi od stóp. Dziwie się, że w ogóle trafia do szkoły. Albo, że wie gdzie leży jego klasa, co nie zmienia faktu, że genialnie uczy i...
- Naaaata. - Ignorancja również jest denerwująca.
- I w sumie jest nie wiele starszy ode mnie...
- Naty. - Dziwnie jest zatracić się we własnych myślach?
- Lena, wiesz, że jest nawet przystojny? - Odkręciła tubkę z namacalną ulgą. Powoli z zadowoleniem na ustach rozsmarowywała krem, po biednej, obolałej, prawej stopie. Słowa wciąż wylewały się w przestrzeń, między nią a Leną. Szybko, bez przerwy. Miała czas na oddech?
- Natalia, kurcze! - Delikatny krzyk frustracji. Ona nie potrafiła wrzeszczeć ani poodnosić głosu, była zupełnie jak kolorowe kwiaty, pnące się po niej, prawie. Przypomniała pąk róży? Nie.
Natalia była krwisto czerwoną różą z mnóstwem kolców. Wszędzie pokryta zdradliwymi cierniami; wyjątkowa. Z tych wszystkich kwiatów, najjaśniejsza. Mocna barwa i zapach intensywniejszy od wszystkich, przy niej bezbarwnych. Nijakich. Innych. Prawie zwiędłych. Ona, świeci wśród nich. Wyjątkowa, tak zdecydowanie wyjątkowa. Nawet jeżeli najniższa z całego klombu różności.

W czyim ogrodzie tak pięknie urosła?
Gdzie zgubiła swoją siostrę?

Lena wzbijała się dużo wyżej niż Natalia. Pełna pasji, życiowego optymizmu, radości i uśmiechu na widok słońca. Nie wykazywała się żadną zewnętrzną nienawiścią do czegokolwiek. Miała po prostu długą łodygę, delikatną i poddaną na złamania. Prężyła się wysoko do chmur, chwytając je łapczywie. Białe obłoczki, tak miło okalają jej żółty kwiat. Muskają, spokojnie. Nigdzie się nie spieszy. Spokojnie podryguje na wietrze, do tego została stworzona.

Przecież, była tylko zwykłym słonecznikiem obok najwspanialszej w świecie róży.
Kogo oczaruje delikatność, kogo zaintrygują kolce?

- Od kiedy zrobiłaś się taka agresywna, mały buraku? - Zdumienie było równie oczywiste, co przedświąteczny Argentyński upał.
- Nie przesadzaj. Tylko się wydarłam. - Usiadła przed starszą siostrą, wciąż zajętą masowaniem obolałej stopy. - Nie wiem jak ten kretyn mógł cię nadepnąć. - Może i było to dziwne, że nauczyciel zbezcześcił jej nogę, wprawiając ją w niezbyt przyjemny humor. Ale zdecydowanie bardziej osobliwe było całe zajście. Bez żadnego sensu, logiki. To był tylko niefortunny przypadek.
Och, Natalia w nie nie wierzyła.
- Najwyraźniej w zdumienie wprawiła go wiadomość o wystawie i nie mógł mi nie pogratulować. - Ach, nikt nie wiedział. Pozostało tylko zrobić ogromny transparent z kolorowym napisem i wykrzyknąć: Niespodzianka! 
Miła? Potrzebna?
- Co? - Ten uśmiech i zaskoczenie na twarzy młodszej siostry, był o dziwo tak potrzebny. Jej serce drgnęło delikatnie. To było zupełnie jakby znowu cieszyła się z następnego dnia. Coś, co siedziało w środku - głęboko zakorzenione - poruszyło się i może nawet ruszyło ku górze, ku światu. Wydostanie się? 
Czy może  i tym razem będzie potrzebowało pomocy?
Poczuła nadzieję, która znikła tak szybko, że Naty zastanawiała się, czy tylko sobie tego nie wymyśliła. 
Dzisiejszego dnia, niczego nie mogła być pewna. Sen stawał się namacalną rzeczywistością i mimo wszelkich chęci, nie potrafiła w to wierzyć. Wiara w cokolwiek była zaprzeczeniem każdej komórki w jej ciele. Zaprzepaszczała każdy jej oddech. Sprawiała, że myśli stawały się krótsze, bardziej chaotyczne, nieodpowiednie. Odpychała ją od siebie, najdalej jak się da. W górę, w dół, na zachód i wschód. Dno oceanu lub środek czynnego wulkanu, nie mogły się sprawdzić przez rozbieżność kilometrów. Ziemia potrafiła dobić swoją nieuzasadnioną wielkością.
- Nic, dowiesz się przy kolacji. - Zbyła ją, pozostawiając nierozwikłaną zagadkę. Do czasu, aż świat znowu obróci się na prawą stronę. Wstała, dość żwawo i obrzucając Lenę, nie zbyt radosnym uśmiechem doczłapała się do drzwi. Czekała ją tylko karkołomna wycieczka po schodach i ciekawa wyprawa do Studio. Dzień jeszcze się nie skończył, może ktoś zaatakuje jej drugą stopę?
- Dojdziesz? - Brunetka nadal wpatrywała się w nią z drugiego końca pokoju. Po prostu siedziała, zadała pytanie i była.
Nie spodziewała się, że można być wdzięcznym za nierobienie niczego, które jednak jest wszystkim. Siostrzane relacje chyba do końca świata pozostaną tajemnicą, zamkniętą w ciemnym pudełku, ich wspólnych myśli.
- Przestaje mnie boleć. Ale myślę, że wezmę samochód od Angie. W końcu prawo-jazdy do czegoś zobowiązuje. - I znikła, z małym ukłuciem, gdzieś w żołądku - coś jakby powinna powiedzieć. Cofnąć się i z uśmiechem podziękować jej, że jest. Bo pośród tej całej nienawiści; pośpiechu do rzeczy nieistotnych; braku uczuć i ich nadmiaru; tych fałszywych uśmiechów; i niewylewnej radośni; między złym spojrzeniem; obok głośnych szeptów; niedaleko nieszczęść; nieblisko radości; tylko czyjaś obecność ma znaczenie.
Ale do tego musiała pomału dorastać, sama. 



Sny coraz bardziej rzeczywiste prześladują mnie. Nas?
Dziwny głos mówi, że jesteś bliżej niż przedtem. 
Szepta, że czekasz na księcia z bajki. Z białym koniem?
Nie wiem, nie rozumiem. 
Widzę, słyszę, wiem. Czekasz, dziewczyno. 
Przykro mi, że zjawie się jako Twój koszmar. 
Naprawdę jest mi przykro. 
Chyba.

Tą chorą tęsknotę na chwile zagłuszyła rozmowa o marzeniach, planach i szczęściu. Dziwnie, nierzeczywista. Bo wszystko było normalnie, gdy nie było ich w domu i jej brak nie rzucał się w oczy. Co z kolei było jeszcze większym nonsensem, ponieważ jej krucha dłoń nie dotknęła żadnej z tych ścian i jej zapach, nie miał prawa przywędrować tutaj z Hiszpanii. Może i miałoby to sens, ale aktualnie nawet tlen wydawał mu się zbędny, więc widok siostry, której nie ma wcale, nie musiał zahaczać o depresje. Ewentualnie o zaburzenia jaźni czy inne pseudo-psychologiczne bzdury.
W które, poniekąd wierzył. Ale dzisiaj, teraz, nawet jutro, wiara wyglądała zupełnie inaczej. Jak lekki pyłek, unoszony wraz z wiatrem, który im silniejszy - mocniej w ciebie uderza; który jest dużo bardziej widoczny, kiedy uśmiech sam ciśnie ci się na usta. Kiedy nie, uświadamiasz sobie, że może, może nic nie jest warte połowy ziarenka piasku.
Jednak z drugiej strony - ona mimo wszystko jest i tam, wciąż, tak naprawdę, i czeka, i pewnie walczy, tak jak ty. I podanie się, zaprzestanie wiary staje się równie bezsensowne co próba zapalenia słońca.
Chyba, że zgaśnie. Wtedy możemy porozmawiać o ewentualnej misji samobójczej.

Czasem pierwsze wrażenie jest gwarancją być albo nie być. Zawsze lepiej pozostać przy być, więc niestety trzeba było przestać myśleć o bezapelacyjnie świetnej podróży w kosmos i dziwnej dezorientacji psychicznej. Póki co trzeba było się skupić na rozmowie z Pablo i Danielem.
Niby się śmiali, rozmawiali. Od czasu do czasu rzucili nieśmiesznym żartem. Trochę poopowiadali, opowiedział mechanicznie o swojej drugiej pasji i dlaczego to właśnie muzykę obdarował czystszą miłością. Gadka-szmatka, uprzejmości, może odrobinę za mało oficjalności.
I tyle, dostał się do raju, oferując tylko swój talent. Może życie celowo go oszczędzało, żeby uderzyć z ciekawszym elementem zaskoczenia i zasadzić mu porządnego kopa w dupę.
Albo nagle świat stał się idealnym miejscem do życia, w którym wystarczy tylko słodki uśmiech i wysoka grzywka.
- Oczywiście czekają go jeszcze egzaminy wstępne...
Słowa milkły gdzieś po drodze, zanim dotarły do jego uszy. Zresztą i tak mówił bardziej do Daniela niż jego i cała rozmowa była raczej dialogiem pomiędzy jego ojcem a dyrektorem Studio. Leon został skazany na siedzenie w wygodnym fotelu jako świadek całego zajścia i mentalne przygotowanie na egzamin z tańca, śpiewu i gry na instrumencie. Co pewnie przydałoby się gdyby tylko istniał choć cień szansy, że się niedostanie.
A tak - kiedy wszystko było już pewne i przyszłość stała za następnymi drzwiami - mógł sobie wyobrażać, kolejny bezbarwny rok życia. Bez siostry i miłości. Bez czułych ramion, śpiewania razem, wygłupów, nieprzespanych nocy, maratonów, śmiechów, wspomnień... I bez jakiejkolwiek szansy na namiastkę dziewczyny, miłości, gorących pocałunków.
Za to z pasją. 

Może czas postawić kreskę na niespełnionych marzeniach? 

- Moja córka za chwile powinna pojawić się tutaj. - Wymownie spojrzał na zegarek. - Może cię oprowadzi, Leon?

Może. Może. Może. Może.
Ale co?

- Jasno Pablo. Z chęcią, dzięki.
Na co się zgodziłem?
- Świetnie. Załadownię do niej, może już tutaj jest.

Dzwonił, może nawet przeprowadził dialog bez znaczenia. Leon nie zastanawiał się co, gdzie, jak, kiedy, po co i dlaczego. Słyszał fortepian w jakieś części szkoły, głosy. Dwóch dziewczyn kobiet. Jeden słodki, zabarwiony miodem, drugi ciężki, chropowaty z ostrym Hiszpańskim akcentem. Śpiew i melodia - zmieszana ze sobą w dwa przeciwieństwa, zaskakująco niepasująco-pasujące, umilkł na chwile, kiedy Pablo w końcu porozmawiał z nią. Przykre, że na taką maleńką chwile cudowna harmonia w jednej piosence zanikła. Zniknęła i wyparowała, żeby za chwile przybyć ponownie. Od początku, jeszcze bardziej zachwycając Leona.

I niech los powie nam, co teraz się stanie.



Nie mam o co prosić. 
Mam męża. Dom. 
Pracę, którą lubię. 
Jestem ładna, wręcz piękna.
Dla niego idealna. 
Zawsze i wszędzie. 
Choć to bzdura i o tym wie najlepiej pod słońcem. 
Jednak kogo obchodzi dziwna pustka, która wypełnia moje życie, kiedy siedzę razem z nim na kanapie i po prostu się cieszę. 
Jest - nie powinnam chcieć więcej.

Na pewnym złotym tronie, w pewnym zamku, pewnego wieczoru, pewnego Listopada, siedział król z królową przed swoimi podanymi. Lady siedziała wyprostowana, jak nauczali ją od maleńkości, w długiej, błękitnej sukience. Gorset przylegał idealnie do klatki piersiowej, jeszcze bardziej wytrzebiając jej i tak zbyt doskonalą talie. Sznurki z przodu kończyły się tuż, tuż przed dekoltem. Gotowe do rozwiązania w każdej chwili. Tiul okalał dół kreacji, unosząc panią zamku w powietrzu. Złota korona, spiętych na głowie włosów, tylko prosiła się, żeby wypuścić jej bujne loki. Bezskutecznie.
Jej mąż, bardzo poważany władca, co chwila rzucał jej zachwycone spojrzenie. Bardzo intymne, przeznaczone tylko dla jej pięknej twarzy. Coś na kształt pożądania i tych głębokich uczuć, którymi darzył każdą komórkę jej drobnego ciała. Każdą bliznę i pieprzyk.
On siedział sobie z tym swoim dostojnym imieniem - Maximiliano I Waleczny - i może celowe, może nie do końca świadomie, wszystkich zgromadzonych rycerzy (zwłaszcza Sir Federico, jego najlepszego przyjaciela) wyzywał wzrokiem i wręcz krzyczał.

Ona jest moja. Od trzystu sześćdziesięciu pięciu dni jest moja. Jej serce. Oczy. Usta. Włosy. 
M o j a.

Chyba jednak, wzrok nie był aż tak wyzywający, bo wszyscy jak oszaleli, krzyczeli, tańczyli, śmiali się. 
Tak trwali radośnie, na zabawie w zamczysku. W pierwszą rocznice hucznego weseliska, które obdarowało całe królestwo wieczną zielenią i godną następczynią tronu. Ale w całym harmidrze tańca i śpiewu, cicho pomrukiwała zadowolona miłość. Zadowolona, bo ktoś w końcu udowodnił, że nie jest tylko bezsensowną postacią, owianą legendą. Czuje, żyje i jest wśród nas, żeby razem z nimi, udowadniać, że istnieje względnie szczęśliwe zakończenie, na początku opowieści.

Zaraz.
Pomyliłam bajki.
Na pewnej ciemnoczerwonej kanapie, w pewnym domu, pewnego Listopadowego wieczoru, w jedynym na świecie Buenos Aires, odpoczywali on i ona, po cichu skacząc z radości, dzięki ciepłemu ciału drugiej osoby.
On i ona od czasu do czasu skradali sobie pocałunki. Bo mimo wszystko, bajka była ich.
Poza tym, daty zostały absolutnie pomylone. Ale to już nie ta historia.


To coś, specjalnie dla Julki, bo chyba naprawdę nie mogła się doczekać. ;)

Ogólnie, to tylko życzę Wam kolorowych snów, bo przecież nie będę znowu marudziła o tym czymś, ani o tym jak to nienawidzę nauczycieli i programu nauczania. ;-;
Nieważne.
Ściskam, gorąco! <3

wtorek, 26 sierpnia 2014

02. To­mor­row

Jutro.

Listopad. 
Poniedziałek, przedpołudnie, Madryt. 

Tutaj nawet jesienią wchłaniała słodką woń słońca. Może i było ciężko przez chłodniejsze podmuchu jesienno-zimowego wiatru, ale jej miłość do ciepła skutecznie niwelowała poczucie zbliżającej się zimy. I świąt. Nie patrząc już nawet na znajome uliczki miasta, gnała przed siebie. Wciąż i wciąż, szła. Ignorując każdą zmianę, w mieście jej snów. Niebo obdarło się ze swojego rajskiego błękitu. Zszarzało, jakby złe na nową porę roku.

Czy nadejdzie taki dzień, kiedy Cię zobaczę? 
Czy znowu będę mogła przytulić się do Twego ramienia? 
Czy mnie kochasz? Wiem, że kochasz, najczystszą miłością świata.
Tęsknie.
Za bardzo. Mogłabym tęsknić tysiąc razy mocniej. 
Wszystko, żeby znowu Cię zobaczyć.

Dzień bez żadnych niespodzianek.

Nie miała ochoty iść szybciej niżeli byłoby to konieczne. I tak dzisiaj nic nie miało sensu. Od soboty absolutnie wszystko straciło swoje znaczenie. Ranek ani przez sekundę nie wydawał się rześki, łazienka po raz pierwszy od niepamiętnych czasów była wolna. Nawet rogaliki z ciasta francuskiego straciły swój złoty kolor. I latte, które pili razem każdego ranka nie pachniało już tak słodko-gorzko. Dzisiaj przypomniało jej zwykłą kawę. Sen, zwykle spokojny dzisiaj w nocy zastąpiły koszmary. Od soboty jej ukochane, mięciutkie łóżko mogłoby zamienić się ze zwykłą podłogą. Miała dość patrzenia w kąty w domu, na jego obrazy, fortepian, pokój. Miała dość uświadamiania sobie, że nie może go przytulić. Mogłaby wbić sobie szpilki w oczy, bolałoby równie mocno, może trochę mniej.
Nie ma nic gorszego od tęskniącego serca. Które codziennie, z każdą minutą, sekundą pęka na coraz drobniejsze kawałki. Każdy wdech, uciska je coraz bardziej. Odbiera mu resztki sił. Aż w końcu zostaje z niego krwisty pyłek, wypełniający wszystkie komórki naszego ciała.
Dusi nas. Okrutnie, z pełną premedytacją. Dusi i nie puszcza. Dusi i nigdy więcej nie pozwala poczuć tego samego.
Zalewa nas niewidzialna gorycz tęsknoty.
Trzy dni. Nie widziała swojego brata od siedemdziesięciu dwóch godzin, wystarczyło w zupełności, żeby całkowicie wybić swój dzień z rytmu, stracić ochotę do nauki, pożegnać się z ulubionymi smakami, posiać zainteresowanie otoczeniem. Zanurzyć się w tęsknocie.
Nie powinna. Zdecydowanie to nie powinno tak wyglądać. Usychanie, z powodu braku jego widoku nie podobało się Violettcie ani trochę. Nie potrzebowała tego. Chciała tylko mieć swojego brata przy sobie jak najdłużej, dbać o niego, denerwować. Śpiewać razem z nim. Nie była Nie byli gotowi na rozłąkę. Nadal byli tymi samymi dziećmi, bez rodziny, zdani sami na siebie. Wciąż jeszcze byli wystraszeni światem i groźbą ponownego cierpienia. Ułamki przeszłości nieustanie przypominały o okrutności życia.
Nawet jeżeli mieli teraz kochającą rodzinę i wiedziała, że pod opieką Daniela i Cristóbala nic mu nie będzie, wspomnienia z domu dziecka, nie odeszły całkiem. Zamartwianie się o Leona było częścią jej pokręconej natury i pluła sobie w brodę, że to właśnie teraz musieli się wyprowadzić.
Beze mnie.
Mimo, że była to nieprawda, jakoś ta myśl znalazła sobie stałe miejsce w jej głowie. Sama odmówiła wyjazdu do Argentyny. Ostatni rok studiów, przeżyłaby sama. Potem staż w Buenos Aires i znowu byliby razem.
A ona mogłaby bezkarnie tulić się do Leona, wykłócać się o specjalizacje z Danielem i okupywać kuchnie z drugim tatą. Boże, jak bardzo było jej to potrzebne. Odkąd Verdasowie uratowali im życie, zabierając z tego paskudnego miejsca, zawsze byli razem. Odtąd śmiech i muzyka towarzyszyły im dzień i noc.
Okazuje się, że nawet zawsze ma swój koniec. Cóż za sympatyczna niespodzianka na początek tygodnia, prawda?
Zatrzymała się przed wejściem na uczelnie.
Cały strach z pierwszego dnia nauki powrócił ze zdwojoną siłą. Nie było sensu teraz się wycofywać. Zadarła głowę wysoko i starała się wyglądać najzwyczajniej w świecie.
-Hej, kochanie!
W życiu nie pomyślałaby, że widok własnego chłopaka dobije ją jeszcze bardziej. Dziwne, zdać sobie sprawę, że uczucie, którym go darzyła nie przypominało miłości w najmniejszym stopniu.



Listopad. 
Poniedziałek, ranek, Buenos Aires.

Nienawidził poranków, ranków, śniadań, płatków, otwartych okien, nieświeżego oddechu, wstawania...
Niczego, co działo się przed południem. A zwłaszcza latem, nienawidził tych cholernych upałów. Nie znosił pogody, która wtedy bardziej wdawała mu się we znaki. Święta, przy tej temperaturze były niczym. Marzył, tak bardzo chciał powrócić do ośnieżonego Nowego Jorku i jeszcze raz, tańczyć na zlodowaciałym chodniku. Przeżyć prawdziwą Amerykańską zimę, nie kolejnego upalne, Argentyńskie lato. 
Nie wszystkie marzenia da się spełnić.

Co się stanie, jeżeli jutro jest tylko inną wersją dzisiaj? 
Czy mam takie prawo, żeby odbierać szczęście sobie samemu? 
Czy mógłbym...
Czy ja jestem zdolny, do skrzywdzenia anioła? 
Jeżeli tak, to moim ojcem musi być szatan. Jeżeli tak, ja nie mogę być człowiekiem. 
Nikim, wtedy byłbym nikim. 
Dobrze, że serce nie zna piękniejszego widoku od jej uśmiechu.

Jednak niektóre spełnione marzenia są tysiąc razy milsze od tych niedoczekanych. Poczuł tak kolejny raz, patrząc na swoją cudowną żonę, która próbowała zrobić kawę za pomocą ekspresu. Próbowała to chyba za mocne słowo. Ludmiła, swoimi idealnymi dłońmi majstrowała przy maszynie, a parząc się po raz kolejny malinowymi ustami raz po raz rzuciła jakimś przekleństwem.
W jej ustach brzmiały jak zaklęcia. Perfekcyjne. Z największą na świecie mocą.
- Misiek, kuchnia. Teraz!
W rankach przyjemne były tylko słodkie wrzaski blondynki. To jak za każdym razem próbowała opanować jak robi się kawę, to jak za każdym razem jej to nie wychodziło, to jak pięknie uśmiechała się kiedy jej pomagał. I smak tych ust. Codziennie inny, słodszy i cierpki, lekki i soczysty, spragniony i tęskny.
- Na co moja gwiazda ma dziś ochotę? Latte, z mocno spienionym mlekiem? - była gwiazdą, niekwestionowaną.
Odpowiedziała mu tym całkowicie nieromantycznym pocałunkiem.
- I cukrem, dużą ilością! - przesłała mu jeszcze szybkiego buziaka, (którego oczywiście złapał i jak największy skarb schował do kieszeni spodni) zanim zniknęła za framugą drzwi. Dosyć miłą rutyną było budzić jej dziewiętnastoletniego szwagra, trochę zagubionego po drodze do celu. Ale mimo to, okropnie uroczego. Zwłaszcza kiedy się złościł. - Dieguito! Rusz swój tyłek. Wczoraj kupiłam twoje ulubione miodowe płatki, wiem, że nie przegapisz tak pysznego śniadanka! - zapukała to drzwi, kiedy nie usłyszała nawet pomruku niezadowolenia, wtargnęła do środka. Nie specjalnie zdziwiło ją, że jeszcze leżał w łóżku i spał w najlepsze przykryty kołdrą.
Tak samo jak jego starszy brat nienawidził wracać z krainy snów. Rzeczywistość nie była przyjemnym miejscem do życia. - Diego, to już nie jest śmieszne, kochanieńki. - Podniosła pościel szybkim ruchem. Ledwo zareagował, otworzył delikatnie oczy i wydał z siebie cichy jęk.
- Jestem chory.
Wystarczyło, żeby włączył się jej instynkt macierzyński. Dotknęła jego czoła i jakby wystrzelona z procy, rzuciła się w kierunku kuchni. Maxi, przecież musiał się dowiedzieć. Dobry duch chciał, że wpadła w jego ciepłe ramiona (przez całkowity przypadek, ale za to jaki przyjemny) i zanim zdążyła zaprotestować pocałował ją. Może niezbyt długo, ale bardzo, bardzo gorąco. Mogłaby gotować się tym gorącym płomieniem jego ust i parzyć się raz po raz. I znowu, odnowa. Cicho jęknęła w głowie, kiedy się odsunęła.
Ale przyjemności pora zostawić na wieczór.
- Wydaje mi się, że mój ulubiony chłopak ma gorączkę. - żart o drugim chłopaku zawsze wydawał się śmieszny. W tym momencie trochę mniej. - Zmierzę mu temperaturę, wcisnę chociaż jedną kanapkę, nafaszeruje go tabletkami, zrobię herbaty i opatulę go kocami. Ach no i włączę bidulkowi telewizor, żeby za bardzo nie marudził. Dasz rade zrobić nam śniadanie? - skinął głową.- Świetnie, kuracje czas zacząć!
Czy ona nie jest wspaniała w każdym wydaniu? 



Pozornie niepozorna chwila, zmieniająca wszystko.

Nie będę prosiła kolejny raz. To boli.
Choć może, tylko mi się wydaje? 
Czy rozum, może tęsknić za czymś, czego nie widział?
Ja. Ja i ja. Od początku, do końca. Znajdzie się miejsce dla "ty"?
Proszę. Tego chcesz? 
Płaczu? Jęku? Krzyku?
Trochę wiary.

Jakby nie było, było dziwnie.
Co? Skup się! 
Dzisiejszy dzień nie był dniem, raczej nieudanymi godzinami, marnowanymi na oddychanie. Dzisiaj kroki ją zabijały a myśli, starały się urozmaicić mord. Miłością. Kwiatami. Szczęściem. Bzdurami. Dzisiaj nie było niczego, co mogłoby nie wyprowadzić Natalii z równowagi. Świat stanął na głowię i wywrócił się na lewą stronę. Ranek był tego idealnym przykładem.
Angie i Pablo zaspali, więc wszyscy musieli się obejść bez śniadania, skazując ją na śmierć głodową, do czasu lunchu. Jej młodsza siostra, ledwo powstrzymywała się, przed olaniem zajęć w Studio i odwiedzenie biednego Diego. Miał gorączkę, przecież umierał.
Prychnęła, chlapiąc kolejną porcją farby na sztalugę. Miała dosyć przebywania wśród ludzi, nawet jeżeli lekcja, zaczęła się dwadzieścia minut temu, a poranek był już zamazanym wspomnieniem. Jednak nie był na tyle niewidoczny.
Ich tata, oczywiście wygłosił płomienie przemówienie na temat frekwencji i przykładania się do zajęć. Ale jej szatański wzrok zaczarował go w sposób wielce niesprawiedliwy. I pozwolił jej urwać się z ostatniej lekcji. Bycie córką dyrektora szkoły czasem jest naprawdę przydatne. Szkoda, że tylko dla pupili.
Pokręciła głową na boki, żeby wywalić z niej każdą świdrującą ją myśl. Chciała się skupić tylko na malowaniu. Tylko to w jakimś stopniu było ważne.
Najważniejsze?
- No, no. Panienko Cordero, jestem pod wrażeniem.
Głos jej nauczyciela tylko potwierdził to, co myślała o swoim obrazie. Był na tyle ciemny, że trzeba było wytężyć wzrok, żeby ujrzeć cokolwiek. Prawie nie używała innej farby niż czarny. Dzięki temu las, wydawał się jeszcze mroczniejszy niż w jej wyobraźni. Suche drzewa tworzyły koronę na szarym sklepieniu nieba. Depresja odbijała się z niego, jak z lustra. Zakurzonego, bo było niewyraźne. Ach, błysnęła jeszcze zieleń oczu. Jak na razie tylko ich zarys, który kształtował się w jej głowie.
- Dziękuję, proszę pana. Też myślę, że to jeden z moich lepszych obrazów.
Może i nienawidziła świata, nie wierzyła w miłość, Boga i cuda, ale wiedziała, kiedy coś wyszło jej dobrze świetnie.
- Jeżeli nie, najlepszy. - położył jej rękę na ramie. - Myślę, że mam do ciebie małą propozycje, zostań po lekcji.
Dlaczego poczuła, że to zmieni wszystko, jednocześnie pozostawiając rzeczy na swoim miejscu?
Dalej namiętnie doprawiała każdy szczegół, wgłębienie, rysy, ślady na drzewach. Wszystko okalała jeszcze czarniejsza czerń. Tak pięknie współgrająca ze szmaragdową zielenią.

- A tutaj jest właśnie sala, w której Leon będzie spędzał najwięcej czasu. - nie odwróciła się na dźwięk głosu dyrektora Suareza. Siedziała plecami do drzwi i średnio zainteresowało ją oprowadzanie nowego ucznia. Pewnie to był kolejny hipster w za dużych dresach, idealnie dopasowanej bluzce, tysiącem kolorowych koralików i grubej, wełnianej czapce, któremu zdawało się, że jest kolejnym Picasso.
Ech, takich typków kręciło się tutaj zbyt wielu.
Usłyszała jak pan Garnier wita się z mężczyznami i pozwala temu całemu Leonowi rozejrzeć się po sali. Nie przejęła się, że prawdopodobnie podejdzie do niej. Jako jedyna siedziała plecami do drzwi, żeby widok takich ludzi jak on, jej nie rozpraszał.
Skupienie i odcięcie się od świata gwarantowało lepsze efekty.
- Wow.
Usłyszała głos nad sobą. Nieznajomy. Czuła jego ciebie ciało tuż obok.
Stał. Blisko.
- Tylko tyle?
Nie przerwała ani na sekundę.
- Po co mówić więcej, jeżeli jedno słowo wystarczy, żeby oddać cały zachwyt? Poza tym świetnie malujesz szczegóły. Niektóre drzewa wyglądają jak ze zdjęcia. Naprawdę, nie wiedziałem, że spotkam tutaj taki talent.
I odchodził. Czuła jak to przyjemne ciepło, było coraz dalej i zostawała sama z nieprzyjemnym zimnem.
Odwróciła się niepewnie i ujrzała odchodzącego bruneta w czerwonej koszuli w kratę i jasnych spodniach. Trzymał ręce w kieszeni i choć szedł do niej tyłem, miała dziwne wrażenie, że się uśmiecha.
Zobaczyła. Tęsknota była nieubłagana. 

 

Południe.

Och. Głowo, możesz przestać mnie boleć?
Co ja ci takiego zrobiłem?
Przestań. 
Idź denerwować kogoś innego! 
Przestań. Przestań. Przestań!

Leżał na łóżku, zmarnowany, wycieńczony, zmęczony. Chory. Zanurzył się w cieplutkiej kołdrze i ani myślał wychylać się z niej choć na centymetr. Wystarczyło, że został nafaszerowany lekami i stosunkowo jadalnymi kanapkami. Choć teraz, kiedy ledwo oddychał przez nos, nie był nawet w stanie wyczuć co dokładnie jadł.
Jego brat miał wyjątkowe szczęście, żeniąc się z takim aniołem, przygotowującym kanapki.
Dzisiaj mógł z ręką na sercu stwierdzić, że wyglądała jak niebiański posłaniec. Te farbowane blond włosy świetnie udawały aureole, a biała bluzka (przynajmniej wyglądała na jasną), gdyby trochę ją poszerzyć, zamontować kilka drucików, skołować więcej materiały i doszyć jej do pleców, wyglądałby jak skrzydła.
Co ty chrzanisz?!
- Diego!
Czy to mój własny anioł?
- Dieguś, kotek!
Idzie, jest coraz bliżej.
Zabierze mnie na górę?
Weszła cichutko do pokoju. Na paluszkach, żeby nie przestraszyć księcia.
- Jejku, kochanie cały się trzęsiesz. - usiadła na rogu łóżka. - Lepiej ci chociaż troszkę? - delikatnie pocałowała go w czoło. - Wiesz, wolałabym w usta. - uśmiechnął się. Szczerze, jak zwykle przy niej.
- Ja też, mała. Nawet nie wiesz jak bardzo, umiliłoby mi to życie. - przejechał jej ręką po policzku. - Czy moje kochanie, nie powinno być w studio? - spytał, siadając wyżej, żeby mieć lepszy widok na jej piękną twarz.
- Twoje kochanie, zrobiło maślane oczka i zwolniło się z ostatniej lekcji oraz kupiło ci twoje ulubione ciastka, wystarczające argumenty? - zaczęła się niebezpiecznie zbliżać.
- Lena, nawet nie próbuj. Będziesz chora.
- Wezmę witaminki, tato. - mocno przywarła do niego. Jak uwielbiał czuć jej miękkie wargi, odpływać dzięki nim. Zapominać.
Niepamięć przy niej nie była trudna.
- Nie wierze, że tak namiętnie całujesz swojego ojca. - zarobił kuksańca w pierś. I kolejnego buziaka.
- Myślałam, że masz się dużo gorzej. Miło się rozczarowałam, wiesz? - uśmiechnęła się. A jej uśmiech potrafił rozpuścić słońce.
- Kocham cię Lena, wiesz? - powiedział cicho, jakby nie był pewny swojego wyznania. Długo zastanawiał się, czy w końcu tego nie wykrzyczeć światu. Działa tak na niego od dłuższego czasu, była zawsze i wszędzie, kiedy jej potrzebował. Problem był jeden - potrzebował jej coraz bardziej i częściej.
I może to jej gorące serce, opierające się na jego klacie, dało Diego znak, że to już nie może dłużej czekać?
- A wiesz, że ja też cię kocham?
Wiedział. Po raz pierwszy w życiu był tego pewny.



A więc mamy dwójeczkę. Oczywiście dziwną, ale czego się można po mnie spodziewać, prawda? No nic, pisałam gorsze rzeczy, więc ten jest nawet okej. Chociaż nawet to za dużo powiedziane. ;-; Tak myślę, ale opinie pozostawiam Wam. Mam nadzieje, że jakieś wyrazicie. :>
Rozdział chciałabym zadedykować Vielet, dzięki za tyle ciepłych słów. ♥
Poza tym dziękuję Katerinie za nominacje do LBA. Odpowiem na pytanie pod rozdziałem 3, dobrze? :)
Besos! ;*

środa, 13 sierpnia 2014

01. The dream.

Sen.

Początek listopada?
Sobota, ranek, Buenos Aires. 


Słońce jeszcze nie górowało na niebie, a poranna mgła dopiero zaczęła chować się za drzewami. Deszcz nie miał zamiaru ochładzać dzisiaj rozgrzanej ziemi i nawet wiatr nie miał ochoty dać ludziom świeżego oddechu.  Macki lata omamiały wszystkich.  Chmur nadal nie było widać. Cisza.
Tylko słońce. Morderca snów.


Którego dnia się pojawisz? Pojawisz się?
Już nie wierze. Chyba.
Nie potrafię. Istniejesz?
Proszę. Proszę. Choć do mnie. Jesteś, widzę. Wiem. Czuję.
B Ł A G A M.


Zwyczajny dzień.

Miłość nie istnieje. Pamiętaj.
Z tą myślą, dręczącą ją każdego dnia, odłożyła płótno na bok. Zdążyła strzepać z niego resztki pyłku. Lubiła kredki za ten charakterystyczny proszek, który zostawiały na materiale. Wydawały się przez to żywe albo chociaż mniej martwe. Schowała do pudełka każdą z osobna.
Zielone. Znowu wyciągnęła tylko zielone.  Jasne, ciemne. I te pośrednie. Przypominające świeżą trawę, inne, wyglądające jak stara kapusta. Na końcu wpatrywała się w najmniejszą, najbardziej zniszczoną i najczęściej przez nią używaną. Nienawidziła. Kochała. Miała mieszane uczucia odnośnie tej kredki. Była uosobieniem nadziei, w którą nie wierzyła. Była najjaśniejszym kolorem jego oczu. Była... Kolor zielony ją prześladował. Może rzeczywiście, terapia to nie taki zły pomysł.
Ołówek sturlał się z kolan i powędrował na podłogę. Nie zwróciła na niego uwagi. Nie irytował jej i nie zmuszał do myślenia. Nieświadomie, został jej cichym przyjacielem. Najwierniejszym powiernikiem snów. Każdej myśli o nieznajomym. Ołówek stał się jej długopisem, a płótna i kartki najpiękniejszym na świecie pamiętnikiem, które od tak dawna zapełniały się jedną osobą, nim. Wiele stron zmarnowała zapisała zamykając oczy i przypominając sobie minioną noc. I te zielone oczy, których nigdy nie potrafiła oddać i d e a l n i e. Zawsze, ich spojrzenie różniło się, kiedy spoglądały na nią z kartki a nie z tej przystojnej twarzy, której, o ironio, nie potrafiła zapamiętać. 
Nie chciała?
-Idę!- podniosła się z Ziemi, starając się uporczywie przypomnieć sobie jego rysy. Wystarczyłby kolor włosów albo imię nawet.... Nie! Widziała tylko dwa zielone kryształki, w których wciąż tliła się, zupełnie bez sensu, nadzieja. Tylko ona, zawsze. Jakby nie mógł patrzeć czymś, co mogłaby znieść, na przykład nienawiścią? Żalem? Smutkiem? Goryczą? Nie. Ten seny koszmar, anioł, strach chłopak ze snu musiał wybrać uczucie, w które nie wierzyła.

Boże, niech on wylezie z mojej głowy. Oczywiście jeżeli istniejesz, a wszyscy rozsądni ludzie, wiedzą, że tak nie jest.

Prośba niemożliwa do spełnienia. Bóg, ma co do ciebie inne plany, słonko.
Z podrwieniami, Twój Anioł Stróż.
Ale ty nie wierzysz. Nie widzisz. Nie istniejesz dopóki nie odkryjesz.

-Cześć.-wyjątkowo z uśmiechem na twarzy podeszła do lodówki i wyjęła karton z sokiem jabłkowym i pomarańczowym dla siostry. Sama nienawidziła tych pomarańczowych kulek, na które zresztą miała alergie. Usiadła przy barku w kuchni, na za wysokim dla siebie krześle.-Co na śniadanie, Angie?-Macocha nie odwracając się do niej twarzą, rzuciła szybko, że zrobiła jej ulubione naleśniki. Potworna, długonoga, blondynka, lizus, któremu zawsze wszystko się udawało. Do tego ten wiecznie radosny ton i uśmiech, oszałamiający.
-Mam nadzieje, że Nutella i bita śmietana są.
Tym razem odwróciła się do niej twarzą.
-A co to byłoby za naleśniki?- Brunetka się uśmiechnęła. Szczerze. Lubiła ją. Angie, mimo tego wiecznego uśmiechu na ustach, miała coś, co Natalia dostrzegła w niej dawno temu. Odrobinę mroczniejszą stronę, którą uwielbiała z niej wyciągać garściami. Niestety, nie zostawała na wierzchu na stałe. Jednak była, w tym całym bałaganie, miło.-Narysowałaś coś?-Powiedziała, kładąc pierwszą, okrągłą rozkosz na talerzy przed jej nosem. Nie zdążyła przytaknąć. Jej tata, wysoki brunet, wszedł do kuchni i jak robił to każdego ranka, pocałował ją w czubek głowy.
-Co u mojej starszej księżniczki?-zdążył podejść do swojej narzeczonej i pocałować ją w usta. Dziwne, nie krzywiła się już jak mała dziewczynka. Patrzyła się na nich i wydawało jej się całkowicie normalne, że okazują sobie uczucia.
-Starsza księżniczka rozmawia z przyszłą królową.-odpowiedziała, zaabsorbowana nakładaniem słodziutkiej czekolady na naleśnika.-I odpowiadając na twoje pytanie Angie. Tak narysowałam. Dzisiaj rano.-Westchnęła. - Tato podasz mi dwie szklanki? Młoda zaraz przyjdzie.
-Młoda już przyszła.-Lena objęła siostrę od tyłu.- Cześć razy trzy. Angeles, jesteś boginią!-powiedziała, patrząc na cuda, parujące na talerzu.
Kolejny uśmiech. Szczęście. Czekolada. Dom. Rodzina.
Czego chcieć więcej?
Miłości, idiotko.
-Po terapii pojedziemy po sukienki, dobrze dziewczyny?-blondynka oparła się o ramię Pablo. Wypowiadała nieistotne słowa o kolorze i tkaninie. Pochłonęła Lenę w dyskusje o krój. Pan Cordero tylko patrzyła na kobiety swojego życia z iskierkami w oczach.
Miłość?
W domu jej ojca w jej domu, w powietrzu unosił się mdły słodki zapach miłości, w którą ona nie wierzyła, nie wierzy.
Pragnie. Nie potrafi jej tylko dostrzec. Stara się? Nie umie.
Przewodnik, tego potrzebuje.
Gdzie jesteś?

Normalny dzień. Zwykła Terapia.

-Cześć, Luiza. Co u męża?- Natalia bez pukania weszła do gabinetu swojej terapeutki. Kobieta miała około trzydziestu trzech lat, trochę za duże okulary, burzę ciemnych włosów, które w zależności od słońca mieniły się na czarno albo brązowo, wiecznie chodziła w spódniczkach, miała męża i była najwierniejszą powierniczką Natalii.
-Hej, kochanie. Dziękuję, dobrze. Dwa dni temu wyszedł ze szpitala.-Dwie miętowe herbaty stały na szklanej ławie, obok dwóch białych (cholernie wygodnych foteli), jak zwykle. Usiadły na nich, jak zawsze. I rozmawiały, jak najlepsze przyjaciółki. Gabinet Lui był stworzony tylko po to, żeby mogła mówić. Choć cały był w cholernej zieleni, lubiła spędzać tutaj każdy sobotni poranek. Ten ohydny kolor na ścianach dało się ignorować, kiedy mówiło się praktycznie o wszystkim. Nie bała się wtedy nawet tej durnej, białej, metalowej szafki w drugim kącie pokoju. Akta. Jej akta i wszystkich pacjentów. Pogwałcenie prywatności, jeżeli ktoś by to przeczytał, oczywiście. Na samą myśl wzdrygała się, prawie niezauważalnie. Spaliłaby się ze wstydu jeżeli ktoś dowiedziałby się o czym myślała, mówiła i rysowała przez ostatnie trzy lata.
-Lu, po co ja właściwie jeszcze tu przychodzę?-odstawiła kubek ze złotawym płynem i wstała. Podeszła do średniej wielkości okna. Zawsze zazdrościła jej tego widoku. Mogła patrzeć na połowę Buenos Aires. Tylko patrzeć, ci ludzie spokojnie spacerujący bo najbardziej ruchliwych ulicach nawet nie wiedzieli o istnieniu tego okna. Była niewidzialna. Ja całkowicie widzialny duch.
Magia. Ludzka głupota.-Nie miałam żadnej próby samobójczej. I dobrze wiesz, że nie zamierzam mieć. Moja nienawiść do matki jest chyba zrozumiała. A podejście do świata dziwne, ale moje. Tylko moje. Nie chce się zmieniać.-warga jest drżała.
-Nikt nie chce żebyś się zmieniała, Naty.
-Hipokryzja. Wiesz, że tego nie znoszę.-wciąż obserwowała. Mrówki, na dwóch nogach, które spieszyły się pozornie do czegoś, do celu.
Niespodzianka, kiedy umrzecie cel zniknie i wszystko będzie bez znaczenia. Nawet to, że dwoje nastolatków ukradło torebkę kobiecie, biegnącej przez światła i to, że jakiś pijany taksówkarz potrącił rowerzystę. Wszyscy się gapili. Nie widziała w tym sensu.
Bez znaczenia. I tak zginiecie.
Bez znaczenia.
-Dlaczego?-kobieta nie była zaskoczona. Natalia zawsze miała swoje podejście do wszystkiego. 
-Terapia jest przecież po to, żeby zmieniać ludzki charaktery. Jestem na terapii, chodzę na terapię. Wnioski wysuwają się same.
-Jesteś na terapii, żeby zedrzeć z ciebie skorupę. Żeby otworzyć twój wyjątkowy charakter na świat. Zmieniamy tylko tą powłokę, którą odgradzasz się od wszystkich.-powiedziała łagodnie, poprawiając okulary.
-Widzisz we mnie jakieś zmiany?-odwróciła się z powrotem do Luizy. Powoli skierowała się do białego fotela.
-Myślę, że najbardziej istotny jest twój powrót do gry na pianinie.
-Dlaczego?
-Może sama się nad tym zastanowisz? Hmm? - ostatni łyk herbaty.
Sama odkryję te tajemnicę?

Dzisiaj też mnie nawiedzisz w nocy? 
Jutrzejszy poranek też skończy się brudnymi na zielono dłońmi? 
Co dla mnie planujesz?




Jak masz na imię, dziewczyno? Powiedz, tylko tego chce.  Znajdę cię. Muszę. Potrzebuję.
Bądź. Zawsze. Teraz. Na wieki.
Wyjdź z mojego snu i z rysunków. Stań przede mną. 
Nie będę prosił na kolanach. Zrobię wszystko. 

Zobaczyć, poznać. Czy tak wiele oczekiwał od życia? Kolejna kreska, ubolewał. Kolejny obraz musiał być czarno-biały. Kredki, farby, pastele i gitara. Całe jego szczęście było pochowane w dziesiątkach toreb i kartonów. Pudła z jego imieniem równie dobrze mogły już stać w jego nowym pokoju. Tylko po co? Cała ta farsa z przeprowadzką na drugi koniec świata. Zmieniasz szkołę, otoczenie, powietrze. Życie. Ale najpierw musisz pognić w jeszcze większym białym pudle z metalu.
Tak, dla czystej satysfakcji złośliwości.
Następna. I jeszcze jedna. Kolejne trzy. Powstał dość nie wyraźny zarys twarzy. Okrągła, z czarnym spaghetti na głowie.
Śnie, stań się rzeczywistością. 
Obudź we mnie to, co uśpione. Daj mi poczuć... Miłość? Proszę, odnajdź dla mnie to uczucie. Pokaż mi twoją drogą, odwiedź ze mną twe uśpione zakątki. Trwaj przy mnie do końca. Myśl o mnie, daj mi marzyć o tobie. Chcę oddychać słodkim zapachem jednych perfum. Jednej osoby.
Powoli kończył. Wyłonił się kształt ust stworzonych dla niego, gdyby tylko dopadł do pasteli albo chociaż kredek... Świerzbiło go, żeby tylko nadać im krwisty, czerwony kolor.  I oczy. Bez wyrazu.
 -Leon, dlaczego rysujesz tak niewyraźnie? Przecież mógłbyś oddać tą dziewczynę w sposób perfekcyjny. Jakby było to zdjęcie. Potrafisz.
-Potrafię. Oczywiście, że potrafię.
-To dlaczego tego nie zrobisz?
-Bo snów nie da się odbić idealnie, tato.
Cisza. Tylko głuchy dźwięk silnika i pocieranie ołówka o kartkę. Nic oprócz myśli i wyobrażeniu o kolorze jej białej skóry. Zamknął oczy. Przez chwile, dosłownie sekundę, kiedy widział ja wyraźnie, poczuł zapach, parzonej mięty. Słodki? Gorzki? Wyjątkowy.
-Obudź się, lądujemy.-Prysł. Sen odszedł. Prawie zachłysnął się powietrzem.
-Witaj Argentyno.-westchnął ciężko. To nie będzie dobry rok. Ani trochę. Bez swojej siostry był zupełnie niczym niebo w żałobie. Ciemne, pożarło w końcu jasność. Zło, czarny nie współgrał z radością. I ten deszcz. Pogrążony w płaczu. Wylewał swoje łzy litrami, psując innym widok na słońce.
Z nim nie było jeszcze tak źle. Jeszcze.


Kiedy wszedł do swojego pokoju zobaczył stos brązowych kartonów i łóżko, jeszcze w foli. Przedzierał się wzorkiem po granatowych ścinach. Nic. Pusto. Żadnych obrazów, ale miał garderobę. Jak na każdego nastolatka przystało. Nie chciało mu się nawet tam zaglądać. Wiedział, że musi być stosunkowo duża i obszerna. Rzucił się w poszukiwaniu jedynego białego pudła, wyjątkowego. Jak on. Przetrząsnął każdy centymetr pomieszczenia, nic.
Zszedł na parter. Kartony nadal walały się dosłownie wszędzie. Zupełnie jak przy inwazji.
Może za chwile wyrosną im nogi i zaczną się na nas rzucać?
W końcu się zdenerwował, nie znosił tego całego bajzlu przy przeprowadzce. Krzyknął:
-Gdzie jest moje pu....
-Na fortepianie!
A gdzie jest fortepian? Nie był taki mały, musiał gdzieś tutaj stać. Podszedł w stronę jak mu się wydawało łazienki. Niespodzianka. Trafił do kuchni, a obok niej znajdował się instrument. Lśniący. Czarny. Nowy. Aż chciałoby się...
W końcu był jego. Usiadł na ławeczce przed nim, położył ręce na klawiszach i czuł, że jest w niebie. Kochał rysować, ręce go świerzbiły, kiedy nie mógł dotykać ołówka czy kredek zbyt długo, ale nawet pochwała od Picasso nie byłaby warta tego silnego bicia serca, kiedy grał.
To muzyka była czysta definicją jego życia. Jego osoby. Jego charakteru.
Ale teraz był zaabsorbowany jej osobą i nawet magiczne dźwięki wydobywające się z najpiękniejszego instrumentu świata, nie mogły zatrzymać jego myśli.
-Masz zamiar grać, malować czy w końcu się rozpakujesz?-To był Daniel, starszy z jego ojców. Wyższy i rozsądniejszy. 
-Najpierw pomaluję trochę ściany, póki wszystko jest w kartonach. Nie chce niczego zachlapać.-Oznajmił spokojnie.
-Pamiętaj, że masz jeszcze do roboty kwiaty w kuchni i odwróć się.-Wskazał na największą ścianę w salonie. Zupełnie białą, czystą. Na podłodze przy niej leżało kilka wiaderek z farbą, mnóstwo pędzli a meble obok były owinięte w półprzeźroczystą folię.-Cała dla ciebie. Może najpierw zajmiesz się nią?
Oczy błysnęły mu z zachwytu.
-Zajmie mi to z tydzień.
-Jeżeli będziesz stać jak taki kołek to nawet dwa.

Malował, malował, chlapał farbą i rzucał pędzlami. Jedna plama, druga, trzecia. Kreska. Linia. Powoli wyłaniały się kształty, cztery. Na razie bez twarzy i koloru. Bez niczego, nie przypominały nawet cieni. Były puste. Tylko jego głowa, zapełniona tysiącami obrazów i jedną myślą, mogła wiedzieć kto to będzie.
Zanurzony w swoim świecie, wciąż prosił.
Błagam, po raz pierwszy w życiu. Pozwól mi kochać.

No i mamy rozdział pierwszy. :) Nie mam za bardzo o czym się rozpisywać, więc kochani dziękuję za komentarze pod Prologiem. <3
Besos. ♥

sobota, 26 lipca 2014

00. Prolog. A soul.

Dusza.

Ranek.
Dusza Pierwsza; Ona; Ołówek; Czarny smutek.

Odleciała. Otworzyła szeroko balkonowe drzwi, usiadła na podłodze. Płótno rozłożyła wygodnie na kolanach i już jej nie było.
Naszkicowała oczy. Po raz kolejny te same, mieniące się każdym odcieniem zieleni. Szmaragdowy było widać w lewym kąciku, kolor intensywnych liści, przebijał się tuż obok. Ale ona najbardziej lubiła blask nadziei. Charakterystyczny, znajdujący się tuż na środku. W centrum jej nieistniejącego marzenia o wyimaginowanym chłopaku.
-Kochanie, wstawaj. O dziewiątej zaczyna się terapia.
Przyfrunęła z powrotem. Ołówek spadł na podłogę. Ponownie ogarnął ją przytłaczający, czarny smutek.



Południe.
Dusza Druga; On; Farba; Złoty Uśmiech. 

Zapomniał o świecie i nie przejmując się otwartymi walizkami, kartonami i porozrzucanymi rzeczami, po raz kolejny malował swój sen. Znowu nawiedziła go brunetka z podkręconymi włosami, nie mógł zobaczyć dokładniej jej twarzy, ale wydawało się mu, że usta były jak truskawki. Intensywnie czerwone. I oczy, oczy były... brązowe. Ale z odległości z jakiej ją widział mieniły się głęboką czernią. Nie wiedział jak uchwycić ten blask.
-Siostra przyszła się pożegnać!
Przypomniał sobie. Farba rozprysła się w kącie obrazu, ale kiedy ją zobaczył, znów uśmiechnął się złotem.



Dusza Trzecia; Ona; Serce; Niebieskie Marzenia.

Szła po zaludnionych ulicach Madrytu. Skupiona na swoim celu, nie patrzyła na doskonale wyryte w pamięci obrazy starych kamienic. Kroki stawiała pewnie, nie żałując pogodnego wyrazu twarzy. Wyjątkowo słońce nie piekło jej w oczy a wiatr przyjemnie otulał jej ciało. Bliżej jej rodzinnego domu, nie czuła przyjemnego dotyku powietrza tylko macki strachu. Właściwie nie wiedziała czego dokładnie się bała. Samotności? Tęsknoty? Wchodząc do pokoju pozbyła się wszystkich uczuć.
-Hej. Ty znowu malujesz?
Zatrzymała się. Serce jej pękało. Ale niebieskie marzenie o kolejnym spotkaniu uśmierzało ból.



Ranek.
Dusza Czwarta; On; Smycz; Czerwona duma.

Zauważył, że nie zwrócił uwagi na aromatyczny zapach chleba, nadchodzący z piekarni, parę metrów dalej. Było cicho, jednak na ulicy zebrał się już spory tłum ludzi, spieszących się nawet w sobotę. W dzień, który powinien obfitować w błogie lenistwo. Jednak sam z rozmysłem łamał te zasadę, wychodząc z domu przed godziną ósmą z psem, po bochenek chleba. W jego ulubionej piekarni, dwie ulice od mieszkania jak zwykle o tej porze ruch był średni. Nie czekał długo, żeby podejść do lady.
-Dzień dobry. Poproszę to, co zwykle.
Zignorował smycz, która wyskoczyła mu z rąk. Pies sam doskonale znał drogę i kiedy zobaczył go czekającego przed drzwiami mieszkania, duma na jego policzkach przybrała kolor intensywnej czerwieni.


Dusza Piąta; Ona: Kwiat; Zielona miłość?

Złapała kolejny zapach kwiatu. Róże spokojnie dosięgały do jej okna, pokój na parterze okazał się znakomitym wyborem dla zakochanej w ogrodzie dziewczyny. Dławiła się ich intensywnym zapachem, jak każdego ranka. Zdawało się jej, że kiedy słońce dopiero budzi ludzi do życia, mają intensywniejszy kolor i dużo lepiej się przy nich myślało albo raźniej tańczyło się w ich blasku. Nawet jest starsza siostra po mimo niechęci do wszystkiego lubiła na nie patrzeć. To było jej małe zwycięstwo, wynagradzające cały trud włożony w ich piękne życie.
Usłyszała głośny wrzask ojca.
-Kochanie, wstawaj. O dziewiątej zaczyna się terapia.
Puściła słowa, żeby spokojnie płynęły. Nie były skierowane do niej. Zamiast tego podeszła do ukochanego kwiatu, rozkwitającego powoli. I pomyślała, że jaki kolor ma jej miłość. Zielony? Jak oczy, które od dłuższego czasu maluje jej siostra,



Dusza szósta; On; Piosenka; Szary żal.

Uderzył go zapach poranku. Nienawidził wstawać wcześniej od swojego brata i jego żony, szczególnie nie w sobotę. Powinien spać do jedenastej, jak każdy normalny nastolatek. Ale on nie był normalny i nie pogodziłby się jeżeli nie pooddychałby świeżym powietrzem, które zdecydowanie ułatwiało mu myślenie, pisanie i życie. Zszedł z łóżka, wciąż na pół przytomny. Oczy było ledwo otwarte, mimo to koniecznie chciał dostać się, do białej, zapewne brudnej kartki.

Wyszeptał sam do siebie:
-Gdzie jesteś?
Pogłaskał znalezisko, którego pragnął. Piosenka, zapisana niewyraźnym pismem wzbudzała w nim jeszcze więcej cholernego szarego żalu.




Dusza siódma; ósma Ona; On; Maska; Scena; Biała złość; Pomarańczowa gorycz. 

Razem, na zawsze.
Oboje mieli szeroko otwarte oczy i wpatrywali się w siebie tym rodzajem miłości, który nigdy się nie kończy. Leżeli twarzami zwróconymi do siebie, a między nimi spoczywały dwie splecione ręce. Na oby połyskiwały złote obrączki, z wygrawerowanymi imionami. Ich największe odciągnięcie  szczęście, bez którego nie istnieliby. Bez miłości, bez drugiego serca, bez delikatnych uścisków, nie byłoby ich świata. Musnął jej blade usta, czule i spokojnie. Nie wyczuwał ani grama kawy, którą piła trzy razy dziennie. Dlatego, tak bardzo podobała mu się zaspana, w roztarganych włosach. Wtedy była całkowicie jego.
-Kocham cię.-Uśmiech na obydwu twarzach.
-Ja ciebie też.-Jeszcze szerszy.
I na chwile Maska i Scena zniknęły. Biel i Pomarańcz wyparowały. Gorycz i złość nie istniały. 
To tyle, wiem, że położyłam na całej linii, ale jest. ;) Na pewno dużo lepszy niż mój pierwszy prolog, więc mam nadzieje, że chociaż komuś się spodoba.
Do zobaczenia. <3

Witam cieplutko. :)

Kochani, chyba nie muszę wyjaśniać co to jest prawda? :) Cóż niestety, dajcie Sophie wakacje a szaleje jak głupia. Szczerze mówiąc, nie mam Wam zbyt dużo do powiedzenia. Nowy blog, nowa historia, nowa przygoda. I dla mnie i dla Was. Chciałabym jednak przygotować Was na mały... szok? :) Otóż, chyba wszyscy którzy znają mnie mniej lub bardziej, raczej wiedzą jak szaleje za Leonettą i w dużej mierze za Naxi. I tutaj ten mały szok. Blog nie będzie o żadnej z wymienionych par, ani absolutnie żadnej serialowej parze. (Może oprócz Pabloangie, ale oni w serialu nie są razem, więc wszystko jest na miejscu.) Chciałam zrobić coś innego i oto jesteśmy. Nie wiem czy paring główny jest na jakimś blogu. Z ręką na sercu nie mam pojęcia. Mam jednak cichą nadzieje, że nie. ;) Nie chciałabym Wam też tutaj zdradzać, kto z kim jak i gdzie. Wszystko w swoim czasie. Jeżeli macie ochotę rozejrzyjcie się trochę. Wszystkie zakładki są już gotowe. Jednak zanim to zrobicie, chciałabym poruszyć kwestie pewnego wątku. Mianowicie - rodzice pewnego rodzeństwo w moim opowiadaniu są homoseksualistami. Nie jest to żaden żart czy kpina. Jest to coraz częstym zjawiskiem. Nie będę tutaj rozważała mojego za i przeciw odnośnie tego, to po prostu część historii. Jasne? :) 
Mam nadzieje, w takim razie, miłego rozglądania, do prologu, który wrzucę późnym wieczorem. <3
Chciałabym jeszcze dodać, że z nieznanych dla mnie przyczyn (choć podejrzewam, że blogger waruje), gadżet obserwatorów nie działa.
Wasza, Sophie.